Czas do Święta Fajki, odkąd dołączyłem do zacnego grona fajczarzy, dłużył mi się niesamowicie. Już sama myśl, że poznam osobiście kolegów z forum, z klubów fajczarskich oraz znamienitych polskich fajkarzy przyprawiała mnie o miły dreszcz emocji. Niestety ktoś w starożytności wynalazł zegar, a także kalendarz i za nic nie da sie tego cofnąć, a tym bardziej przyspieszyć. Tak więc musiałem uzbroić się w dużo cierpliwości i czekać...
Doczekałem się 27 czerwca. Ostatnie ciuchy powędrowały do walizki. Zapas na trzy miesiące wakacji - troskliwa ręka żony... Nic to - jedziemy! Jeszcze tylko zatankować furę do pełna i już jesteśmy na trasie. Szlag... wiedziałem, że czegoś zapomnę... Rzeczy najważniejsze mają to do siebie, że zawsze zostają na stole... Naklejki na auta i dyplomy. Pięknie się zaczyna - pomyślałem. Na domiar wszystkiego redaktor Maciborek nadał złowrogie wieści przez radio - “Tarnów i okolice zalane!”. Jak tu teraz jechać? Chwila namysłu... Czyżby?... No tak! Przecież przed nami poleciał już “przedskoczek” Irek ze świtą. Telefon i szybka decyzja - jedziemy na Sandomierz. Hyundai to Hyundai, a nie amfibia - trzeba minąć to bajoro...
Sześć godzin później... Dojechaliśmy szczęśliwie... Chwała "przedskoczkowi" i nawigacji GPS! Rozlokowaliśmy się w Gromadzie (co prawda nie dostaliśmy pokoju z widokiem na morze, ale ponoć nie można mieć wszystkiego). Zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy do Zbyszka Bednarczyka na “Fajowe Święto”. Atmosfera stawała się z minuty na minutę gorąca (pomijając ten skwar lejący się z nieba). Jak wejść niezauważonym? Jak nie zwracać na siebie uwagi innych gości? Lekkie zestresowanie połączone z dozą nieśmiałości i podniecenia dało delikatny posmak potu na wyschniętych ustach. Gdzie tu sie wchodzi?... Dzwonię do kolegi Andrzeja (andnn) po ratunek... Jesteśmy. Ludzi tłum, impreza trwa w najlepsze. Jakiś gość ubrany w szkocki strój rusza w naszą stronę... “Najpierw powoli jak żółw ociężale” i nim się spostrzegłem, już jestem w objęciach Zbyszka Bednarczyka. Wyściskał, wytarmosił, zmierzwił tak długo układane włosy. Oczywiście powitaniom nie było końca - Henryk Worobiec, Celina i Tadeusz Polińscy, kilka osób z FMS, kilka osób z różnych regionów Polski, Czesi. Przyznam szczerze, że stres oraz chwilowa nieśmiałość minęła szybciej aniżeli zdążyłem mrugnąć okiem. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich imion i nicków kogo poznałem. Nie sposób tego po prostu spamietać. Zostaliśmy przyjęci tak serdecznie, jak wita się długo oczekiwanych i długo nie widzianych przyjaciół. Właśnie! Przyjaciół... Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że nie ważne, co robisz w życiu, nie ważne, czy jesteś gruby, chudy czy garbaty. Ważne ze jesteś! Własnie zobaczyłem jak fajka łączy ludzi. Czyż nie jest to piękne? Jako, że w gości nie przyjeżdża się z pustymi rękami, poszedłem przekazać gospodarzowi siatę pełną smakołyków. I po chwili mogłem już brać czynny udział w rozmowach i zabawach przy fajeczce.
Nie ukrywam, że byłem też zestresowany tym, czy moja żona (nie pali) znajdzie z nami wspólny temat. Czy nie będzie się nudzić w czasie, gdy będę rozmawiał z ludźmi o fajkach, tytoniach i pochodnych. Jakież było moje zdziwienie, a zarazem radość, gdy zobaczyłem, że ledwie usiadła przy stole, a już znalazła milion tematów z żonami Andrzeja (andnn) i Maćka (maciej_faja). Faktem jest, że obie Panie - Ewa i Iwona - to fajne babki i przebywanie w ich towarzystwie wiąże się z zarażeniem nieuleczalnym wirusem pod nazwą - DOBRY HUMOR.  W czasie, gdy część gości brała udział w zabawach organizowanych przez Zbyszka Bednarczyka, poszedłem zapisać się na turniej wolnego palenia fajki do Celiny i Tadeusza Polińskich. Obejrzałem też fajki wykonane przez pracowników Zbyszka - fajki te miały być oceniane przez gości uczestniczących w “Fajowym Święcie”. Pracownicy, których fajki ocenione zostały najwyżej (3 miejsca), otrzymali od swojego szefa premię finansową. Ech, że też ja nie mam takiego szefa... 
Oczywiście rozmowom, tudzież zabawom nie było końca. Nie sposób się było nudzić. Wspaniali ludzie tworzyli klimat tej imprezy. A do tańca przygrywała prawdziwa kapela ze Lwowa. 

Szczerze powiedziawszy - nie jestem w stanie dokładnie opowiedzieć/przekazać samego klimatu, atmosfery. Tam poprostu trzeba być! Nie ma innego sposobu, jak poczuć to samemu. Trzeba skosztować kiełbaski z grilla wykonanego ze starej taczki, na której wywieziono nie jednego niesfornego urzędasa, czy też grochówki z gara gotowanej na ognisku. Koniecznie należy spróbować nalewek robionych przez Maćka albo wcinać zupę chmielową.  Była to pierwsza moja wizyta na „Fajowym Święcie”, ale wiem, że nie ostatnia. Jeśli będę mógł uczestniczyć w następnej, będzie to dla mnie wielki zaszczyt oraz radość znowu choć przez chwilę pobyć w tak znakomitym towarzystwie. Na koniec tej pierwszej części chciałbym podziękować przede wszystkim Zbyszkowi Bednarczykowi za przygotowanie imprezy i wprowadzenie wspaniałego klimatu. Dziękuję również mojej żonie, że pojechała tam ze mną i dzieliła moją radość, dziękuję za pomoc w wyborze fajki - kochanie, pali się w niej znakomicie! Dziękuję również wszystkim, których poznałem i mogłem się pośmiać popyjąc fajeczkę. Dziękuję Maćkowi i Iwonie za wspólne rozmowy i porady dotyczące tytoniu i fajek. Andrzejowi i Ewie za to że są! Irkowi za „przedskoczka”! Bublikowi za rozmowę o obiektywach. Przepraszam, że nie dziękuje wszystkim po kolei, ale musiałbym pisać jeszcze długo, a boję się, że kogoś pominę. Więc pisząc w skrócie - Dziękuję Wam wszystkim!
Na koniec jeszcze kilka fotek z imprezy.

|